Dorota Korycińska — twarz pacjentów w aferze „Lex Big Pharma”
Informacje-Lokalne.PL
Pod moim spisem osób zamieszanych w astroturfing ustawy „Lex szarlatan”, który umieściłem na X odezwała się jedna z wymienionych osób Dorota Korycinska (pisownia oryginalna):
„Konkretnie naruszył pan dobra osobiste wielu osób, w tym mojej zmarłej koleżanki.
Nie spodoba się Jej mężowi.
Jest pan wstanie uzasadnić powiązania org. (która nie działa, bo jej szefowa zmarla dawno temu) z Ustawą?
Itd w tym pańskim wpisie, co będzie pan MUSIAŁ udowodnić”
Widać, że takie osoby nawet w konwersacji na X powinny to robić za pośrednictwem adwokata, bo jak same piszą (tak jak np. Wałęsa), to się tylko bardziej pogrążają. Jej może chodzić o Ewę Borek (której w spisie nie ma) i Fundacja MY Pacjenci, która wcale nie przestała działać po jej śmierci. Ewentualnie może chodzić o zmarłą Olgę Gajdus i OmeaLife — jej też nie wymieniłem, a tylko tę organizację, która też nadal działa. Czy jak Michnik umrze, to przekreśli to cały syf michnikowszczyzny w Polsce? Prześwietlmy tę Dorotę Korycińską dokładniej:
Kiedy zacząłem badać historię projektu ustawy nazywanej potocznie „Lex szarlatan”, zależało mi przede wszystkim na tym, by dowiedzieć się, skąd właściwie wziął się ten pomysł. Oficjalna wersja brzmi tak: pacjentów trzeba chronić przed naciągaczami, szarlatanami i groźnymi bzdurami medycznymi, dlatego państwo postanowiło dać Rzecznikowi Praw Pacjenta bardzo dużą władzę i narzędzia do karania.
Jednak zanim jakikolwiek przepis stanie się obowiązującym prawem i trafi do Dziennika Ustaw, najpierw ktoś musi wskazać konkretny problem, ktoś inny musi zaproponować sposób jego rozwiązania, zbudować dla tego pomysłu poparcie w społeczeństwie, a na końcu przelać to na skomplikowany, prawniczy język. Na każdym z tych etapów działają konkretni ludzie. Im wcześniejszy etap prac, tym mniej o nim wiemy i tym węższe grono decyduje o szczegółach.
Jedną z najbardziej intrygujących postaci w tej układance jest Dorota Korycińska. Znajduje się ona w punkcie, w którym przecinają się fundacje pacjentów, Ministerstwo Zdrowia, Rzecznik Praw Pacjenta, onkologia, tworzenie prawa i wielki przemysł farmaceutyczny. Jedna osoba i aż sześć różnych światów, które zajmują się dokładnie tym samym rynkiem.
Kim jest Dorota Korycińska?
Korycińska z wykształcenia jest psycholożką społeczną i od lat działa w organizacjach pomagających pacjentom. Kieruje dwiema strukturami: Ogólnopolską Federacją Onkologiczną oraz Stowarzyszeniem Neurofibromatozy Polska Alba Julia. Federacja powstała w listopadzie 2019 roku jako zrzeszenie dużych organizacji wspierających chorych na raka. Od samego początku miała jasny cel wykraczający poza zwykłą pomoc: chciała brać udział w debacie publicznej i bezpośrednio wpływać na to, jak państwo organizuje system ochrony zdrowia.
Nie mówimy tu o lokalnym stowarzyszeniu, które załatwia chorym transport na chemioterapię albo prowadzi grupę wsparcia. Federacja została stworzona po to, by współtworzyć politykę zdrowotną państwa — i dokładnie to robi.
Dzięki temu Korycińska ma dostęp do kluczowych instytucji publicznych, o jakim większość zawodowych lobbystów może tylko pomarzyć. Zasiada w Krajowej Radzie Onkologicznej (to organ doradzający Ministrowi Zdrowia i szefowi Narodowego Funduszu Zdrowia), gdzie zajęła miejsce Krystyny Wechmann. Weszła tam jako reprezentantka pacjentów wskazana bezpośrednio przez Rzecznika Praw Pacjenta. Do rady doradzającej ministrowi wprowadził ją ten sam urząd, którego uprawnienia ona sama głośno popiera.
Zasiada również w Radzie Organizacji Pacjentów przy Ministrze Zdrowia. To 15-osobowa grupa powołana w marcu 2022 roku przez ówczesnego ministra Adama Niedzielskiego na 5-letnią kadencję (wybrano ich spośród 55 kandydatów). Ministerstwo wprost określa jej zadania: Rada koordynuje udział organizacji pacjentów w konsultacjach projektów ustaw, ocenia je i może sama proponować zmiany w prawie. To oficjalna ścieżka, dzięki której wybrane fundacje mogą realnie wpływać na treść przepisów, zanim ktokolwiek inny w ogóle dowie się o ich powstawaniu.
Co ważne, Korycińska nie reprezentuje tam wyłącznie własnego stowarzyszenia. W oficjalnych dokumentach Ministerstwa Zdrowia przypisano jej reprezentowanie aż sześciu podmiotów:
- ➡️ Fundacji OnkoCafe – Razem Lepiej,
- ➡️ Fundacji Onkologicznej Alivia,
- ➡️ Fundacji „Pokonaj raka”,
- ➡️ Stowarzyszenia Walki z Rakiem Jajnika Niebieski Motyl,
- ➡️ Stowarzyszenia Neurofibromatozy Polska Alba Julia,
- ➡️ Fundacji OmeaLife.
Jedna osoba, sześć formalnych głosów i jedno miejsce przy ministerialnym stole.
Do tego, według informacji Biura Rzecznika, 4 lutego 2026 roku Korycińska weszła również w skład Rady Ekspertów przy Rzeczniku Praw Pacjenta. Mamy więc jedną osobę działającą w kilku kluczowych punktach tego samego mechanizmu — machiny, która problem nazywa, opiniuje, uzasadnia, zamienia w prawo, a potem pomaga to prawo egzekwować.
Wrzesień 2024: zanim ktokolwiek usłyszał o „Lex Szarlatan”
Pomysł na drastyczne zwiększenie uprawnień Rzecznika Praw Pacjenta wcale nie narodził się wśród chorych ani nie pojawił się z dnia na dzień.
Już latem 2024 roku Rzecznik Praw Pacjenta, Bartłomiej Chmielowiec, mówił publicznie, że powinien mieć prawo administracyjnego zakazywania praktyk „cudownego uzdrawiania” oraz natychmiastowego nakładania za to dotkliwych kar finansowych. W oficjalnej „Strategii Rzecznika Praw Pacjenta na lata 2024–2027” pojawił się gotowy postulat: Rzecznik chciał mieć możliwość karania za samo złamanie zakazu od ręki — podobnie jak robi to Urząd Ochrony Konkurencji i Konsumentów (UOKiK) — bez ciągnących się, skomplikowanych procedur. W sierpniu 2024 roku Chmielowiec publicznie chwalił minister zdrowia Izabelę Leszczynę za to, że zapowiedziała poszerzenie jego władzy, a minister zleciła mu przygotowanie konkretnych przepisów. W grudniu tego samego roku Rzecznik przyznał otwarcie, że domaga się większych uprawnień „od jakiegoś czasu”.
Impuls wyszedł bezpośrednio od urzędu, który miał na tym zyskać nową władzę, oraz od ministrzycy, która dała mu zielone światło. Zresztą samo Ministerstwo Zdrowia do dziś oficjalnie podaje, że nowelizacja powstała „z inicjatywy Rzecznika Praw Pacjenta, we współpracy z Ministerstwem Zdrowia”.
Kluczowy dokument znajduje się w publicznych archiwach Ministerstwa Zdrowia — w protokołach z posiedzeń Rady Organizacji Pacjentów, do których mało kto zagląda.
11 września 2024 roku odbyło się 44 posiedzenie tej Rady. Przy jednym stole usiedli m. in. wiceminister zdrowia Jerzy Szafranowicz, Rzecznik Bartłomiej Chmielowiec, dyrektor Departamentu Prawnego Biura Rzecznika Paweł Grzesiewski oraz urzędnicy resortu. Głównym tematem było funkcjonowanie samego Rzecznika.
To właśnie wtedy Biuro Rzecznika wyłożyło organizacjom pacjentów swój plan na zdobycie nowych uprawnień. W protokole zapisano pomysł nakładania kar finansowych za samo naruszenie przepisów — dokładnie tak, jak robią to UOKiK, Urząd Ochrony Danych Osobowych (UODO), Urząd Regulacji Energetyki (URE), Urząd Komunikacji Elektronicznej (UKE) czy Główny Inspektorat Farmaceutyczny (GIF). Rozmawiano też o objęciu kontrolą ludzi oferujących usługi zdrowotne bez zarejestrowanej działalności medycznej i bez dyplomu lekarza. To był w zasadzie gotowy zarys przyszłego „Lex Szarlatan”, przedstawiony fundacjom pacjentów na pół roku przed tym, zanim opinia publiczna w ogóle dowiedziała się o projekcie.
Dorota Korycińska aktywnie uczestniczyła w tej dyskusji. Z protokołu wynika, że mówiła o potrzebie edukowania pacjentów na temat metod o potwierdzonej skuteczności oraz ostrzegania ich przed szkodliwymi praktykami. Jeszcze ważniejszy był jednak jej kolejny wniosek: zaapelowała, by dopuścić organizacje pacjentów do tzw. prekonsultacji projektów ustaw i spotkań o planowanych zmianach w prawie, zanim trafią one do oficjalnego obiegu.
Mamy więc dwie rzeczy dziejące się w tym samym pokoju: Rzecznik mówi, że chce nowych uprawnień i batów na nieuczciwych uzdrowicieli, a przedstawicielka pacjentów prosi o wpuszczenie jej środowiska do tworzenia przepisów na najwcześniejszym, niejawnym etapie. Niedługo potem cała Rada oficjalnie popiera rozszerzenie władzy Rzecznika.
Nie ma tu żadnych łapówek ani przestępstwa. Po prostu obie strony dostają dokładnie to, na czym im zależy.
Listopad 2024: po raz pierwszy pada słowo „szarlataneria”
Kolejny mocny ślad pochodzi z 27 listopada 2024 roku, z 46-go posiedzenia tej samej Rady. Tym razem pojawiła się osobiście ministrzyca zdrowia Izabela Leszczyna, a wraz z nią Rzecznik Praw Pacjenta, szef jego działu prawnego oraz przedstawiciele Ministerstwa i Departamentu Polityki Lekowej — komplet najważniejszych decydentów.
Korycińska wskazuje, że trzeba ukrócić działalność podmiotów oferujących niemedyczne produkty i usługi, które udają prawdziwe świadczenia zdrowotne. Urzędnik spisujący protokół dodaje w nawiasie dwa słowa: „przeciwdziałanie szarlatanerii”.
Problem, który stał się jednym z dwóch fundamentów „Lex Szarlatan”, został oficjalnie zdefiniowany przez przedstawicielkę pacjentów wewnątrz ministerialnego organu — a urzędnik nazwał go słowem, które półtora roku później stało się medialną nazwą całej ustawy.
Na tym samym spotkaniu Stanisław Maćkowiak ponownie zgłasza potrzebę wzmocnienia roli Rzecznika, a przewodniczący Rady prosi, by włączać jej członków do prac nad ustawami już na etapie prekonsultacji. Ministrzyca Leszczyna zgadza się na tę propozycję.
Zaledwie 103 dni później wszystkie te elementy ułożą się w jeden oficjalny rządowy dokument.
Marzec 2025: pojawia się projekt UD207
10 marca 2025 roku w rządowym wykazie prac legislacyjnych pojawia się projekt oznaczony kodem UD207. Nosi długą, urzędową nazwę, ale kryje dwa główne cele, które brzmią uderzająco znajomo: zwiększenie uprawnień Rzecznika Praw Pacjenta i wprowadzenie do prawa pojęcia „praktyk pseudomedycznych”.
Pojęcie to miało objąć leczenie ludzi przez osoby bez wykształcenia medycznego, oferowanie metod udających prawdziwe leczenie oraz medyczną dezinformację. Ustawa nie dotyczyła wyłącznie znachorów z Internetu. Miała uderzać także w zarejestrowane przychodnie i gabinety, jeśli stosowały metody niezgodne z aktualną wiedzą medyczną (na przykład wielomiesięczną, agresywną antybiotykoterapię metodą ILADS w leczeniu boreliozy). Jednak nie tylko w to. Miała też uderzać we wszelkie uchybienia formalne w działaniu przychodni. Przychodnia nieprzestrzegająca głupich biurokratycznych zarządzeń władzy też będzie szykanowana tak jak znachor.
W listopadzie Korycińska mówi o usługach, którym przypisuje się cechy świadczeń zdrowotnych. W marcowym projekcie rządowym mowa jest o metodach, którym przypisuje się właściwości świadczenia zdrowotnego.
To sformułowanie to nie unikalny odcisk palca autorki. To po prostu standardowy język polskich prawników i urzędników. Podobne zwroty znajdziemy w prawie farmaceutycznym (o substancjach przedstawianych jako posiadające właściwości leczenia) czy w ustawie o bezpieczeństwie żywności. Każdy urzędnik opisujący ten problem użyłby podobnych słów, bo tak pisze się w Polsce ustawy.
Definicja problemu przedstawiona przez Korycińską w listopadzie i definicja wpisana przez rząd do projektu w marcu były identyczne. Stało się tak dlatego, że jesienią 2024 roku cały ten pomysł dojrzewał jednocześnie w Biurze Rzecznika, w Ministerstwie Zdrowia i w Radzie Pacjentów — w kręgu tych samych osób.
Korycińska nie pisała osobiście „Lex Szarlatan”, ale była kluczową postacią z urzędowego środowiska pacjentów, która dała temu projektowi społeczne poparcie i naciskała dokładnie na te rozwiązania, które znalazły się w ustawie.
Ona sama właściwie to potwierdziła
9 czerwca 2026 roku, podczas prac sejmowej Komisji Zdrowia, Korycińska powiedziała wprost: ten projekt to odpowiedź na wieloletnie apele organizacji pacjentów, a sprawa była wielokrotnie omawiana na spotkaniach w Ministerstwie Zdrowia w ramach Rady Organizacji Pacjentów.
Korycińska tłumaczyła potrzebę wprowadzenia ustawy dramatycznymi historiami chorych na raka. Zdarza się, że tacy ludzie porzucają chemioterapię na rzecz niesprawdzonych cudownych terapii, a gdy wracają do szpitala, choroba jest już w tak zaawansowanym stadium, że medycyna nie może im pomóc. Wskazywała też na chorych na rzadkie wady genetyczne, którym różni naciągacze obiecują niemożliwe do osiągnięcia wyleczenie. To bardzo mocny, racjonalny argument poparty prawdziwym ludzkim cierpieniem, obok którego nie da się przejść obojętnie. Lobbing Big Pharmy jest budowany na takich emocjach — ładnie to widać na przykładzie ze zbiórką Łatwogangu, który ostatnio podałem na moim profilu, odnośnik umieszczę w komentarzu.
1 lipca 2026 roku Korycińska osobiście uczestniczyła w posiedzeniu sejmowej komisji. Broniła ustawy m. in. w sporze o ziołolecznictwo, tłumacząc, że trzeba wyraźnie oddzielić przebadane leki ziołowe od zwykłych suplementów diety i szarlatańskich mikstur. Tego samego dnia Rada Organizacji Pacjentów oficjalnie poparła projekt. Dwa dni później Sejm przegłosował ustawę (232 posłów było za, 34 przeciw, 162 wstrzymało się od głosu).
Dorota Korycińska nie była więc przypadkową obserwatorką z zewnątrz. Była przy tej ustawie od pierwszych rozmów w gabinetach aż po głosowanie na sali plenarnej.
Po decyzji prezydenta puściły hamulce
Jej emocjonalne przywiązanie do tego projektu najlepiej pokazały wydarzenia z lata 2026 roku. Senat wprowadził poprawki do ustawy 22 lipca, Sejm przyjął je 31 lipca, po czym dokument trafił do podpisu na biurko prezydenta. 20 sierpnia prezydent Karol Nawrocki odmówił podpisania ustawy i skierował ją do Trybunału Konstytucyjnego w trybie kontroli prewencyjnej (zapowiadając jednocześnie własny projekt zmian w Kodeksie karnym, który złożył w Sejmie dzień później).
To nie było weto. Zwykłe weto zamyka temat (chyba że Sejm odrzuci je większością 3/5 głosów). Skierowanie do Trybunału jedynie zamraża ustawę. Jeśli sędziowie uznają ją za zgodną z Konstytucją, prezydent będzie musiał ją podpisać. „Lex Szarlatan” wcale nie przepadła — po prostu czeka w poczekalni.
Prezydent tłumaczył swoją decyzję obawą o prawa obywateli i przedsiębiorców: ustawa pozwalała nakładać wysokie kary i blokować działalność natychmiast, przed prawomocnym wyrokiem sądu. W praktyce oznacza to, że zanim przedsiębiorca doczekałby się rozprawy przed niezawisłym sądem, mógłby dawno zbankrutować. Prezydent zwracał też uwagę, że do jednego worka z napisem „szarlatani” wrzucono zarówno niebezpiecznych przestępców zagrażających życiu, jak i tysiące legalnych firm zajmujących się ziołolecznictwem, zdrowym żywieniem czy medycyną naturalną. Przewodniczący prezydenckiej Rady ds. Ochrony Zdrowia, prof. Piotr Czauderna, wyjaśniał, że o ile walka z oszustami nie budziła wątpliwości, o tyle przepisy o tzw. „dezinformacji medycznej” były zbyt nieostre i dawały jednemu urzędnikowi rolę oskarżyciela, biegłego i sędziego w jednym.
Reakcja Doroty Korycińskiej była niezwykle ostra. Publicznie oświadczyła, że jest wstrząśnięta decyzją, zaatakowała prezydencką radę i stwierdziła, że nowoczesną medycynę zepchnięto na rzecz — jak to ujęła — „ciemnoty i zabobonu”.
To był głos osoby głęboko, emocjonalnie zaangażowanej w przeforsowanie tego konkretnego projektu. Warto to zauważyć, bo w debacie publicznej organizacje pacjentów często przedstawia się jako kryształowy, całkowicie neutralny „głos chorych” — jakby wszyscy chorzy myśleli identycznie, a liderzy fundacji nie mieli własnych ambicji ani interesów. W rzeczywistości szefowie tych organizacji mają swoje poglądy, relacje z urzędnikami oraz powiązania finansowe.
I tu pojawia się wątek wielkich firm farmaceutycznych
Nie ma żadnych dowodów na to, że jakikolwiek koncern farmaceutyczny zapłacił Dorocie Korycińskiej za popieranie „Lex Szarlatan”. Nie ma dowodów, że Pfizer, Roche, AstraZeneca czy jakakolwiek inna firma zleciła jej promowanie tych przepisów.
Co wiemy na pewno na podstawie twardych danych?
Wiemy, że w ministerialnej Radzie Korycińska formalnie reprezentuje sześć organizacji pacjentów. Z kolei z oficjalnych raportów przejrzystości, publikowanych przez same firmy farmaceutyczne, wiemy, że część z tych organizacji dostaje od branży spore pieniądze.
Spójrzmy na sam koncern Roche i tylko na 2024 rok. Z jego oficjalnych raportów wynika, że przekazał:
- ➡️ 55 tys. zł dla Alivii,
- ➡️ 82 tys. zł dla OmeaLife,
- ➡️ 105 tys. zł dla OnkoCafe,
- ➡️ 15 tys. zł dla fundacji Pokonaj Raka.
Daje to łącznie 257 tysięcy złotych w jednym roku dla czterech organizacji, które w Ministerstwie Zdrowia reprezentuje Dorota Korycińska — a mówimy tylko o jednym koncernie. W tym samym 2024 roku AstraZeneca przekazała 75 tys. zł dla Alivii i 20 tys. zł dla Niebieskiego Motyla, a firma Astellas dorzuciła 35 tys. zł dla OnkoCafe. W raportach zaledwie trzech firm znajdujemy łącznie 387 tysięcy złotych przekazanych w ciągu jednego roku organizacjom reprezentowanym w ministerialnej radzie przez jedną osobę.
To nie jest marginalny problem
Naukowcy — Marta Makowska, Shai Mulinari i Piotr Ozierański — przeanalizowali jawne wpłaty koncernów farmaceutycznych dla polskich organizacji pacjentów z lat 2012–2020. W tym czasie 33 firmy przekazały 273 organizacjom łącznie ponad 13,7 miliona euro (13 729 644 euro). Pieniądze te płynęły głównie do wąskiej grupy: zaledwie 10 największych organizacji zgarnęło aż 46,2% całej tej puli. Najwięcej trafiło do fundacji onkologicznych (37,5% wszystkich środków), a najczęstszym celem (40,4% pieniędzy) było finansowanie działalności edukacyjnej. Badacze zauważyli, że z roku na rok kwoty te rosły, a niektóre fundacje zaczęły współpracować niemal wyłącznie z wybranymi, pojedynczymi producentami leków.
Autorzy badania mówią wprost: finansowanie przez koncerny rodzi ryzyko konfliktu interesów, co może podważać niezależność organizacji pacjentów. Naukowcy zaproponowali konkretne rozwiązania: utworzenie wspólnego, niezależnego funduszu, stworzenie publicznego państwowego rejestru wszystkich wpłat dla fundacji i lekarzy oraz zastępowanie pieniędzy od biznesu dotacjami z innych źródeł. Wskazali też na absurd: aby w ogóle podliczyć te sumy, musieli ręcznie odnaleźć i pobrać ponad dwieście oddzielnych sprawozdań z różnych stron internetowych koncernów.
Sytuacja wokół środowiska Korycińskiej to nie teoria spiskowa, lecz znany w nauce problem systemowy, który występuje w całej Europie i USA.
Organizacja pacjentów może całkowicie szczerze i z sercem walczyć o zdrowie chorych, a jednocześnie działać w otoczeniu finansowanym przez producentów leków, których bezpośrednio dotyczą decyzje ministerstwa. Ludzie wcale nie muszą brać łapówek, by głosić postulaty na rękę sponsorom — wystarczy, że od lat obracają się w tym samym środowisku, rozmawiają głównie z przedstawicielami branży i jeżdżą sobie na wycieczki po świecie na różne konferencje opłacane przez sponsorów.
A co z samą Federacją Korycińskiej?
W oficjalnym sprawozdaniu finansowym Ogólnopolskiej Federacji Onkologicznej za 2024 rok wykazano łączne przychody w wysokości zaledwie 144,3 tysiąca złotych. Z prywatnych źródeł pochodziło 82,3 tys. zł (z czego aż 78,3 tys. zł stanowiły składki członkowskie, a darowizny od firm zaledwie 4 tys. zł). Pozostałe 60 tysięcy złotych pochodziło z dotacji państwowej.
Rzecz w tym, że układ jest bardziej złożony: sama Federacja żyje ze składek, ale część organizacji, które do niej należą i które Korycińska reprezentuje w ministerstwie, pobiera pieniądze bezpośrednio od producentów leków. Analizowanie wyłącznie konta samej Federacji daje więc niepełny obraz. Pieniądze nie muszą trafiać do głównego stowarzyszenia, by tworzyć sieć powiązań wokół jego liderki.
Wspólne projekty z koncernami są w pełni jawne
W materiałach projektu „Onko-Koalicja dla 10 Twoich praw” (stworzonego przez Polską Ligę Walki z Rakiem oraz Federację Korycińskiej) jako oficjalni partnerzy widnieją logotypy takich gigantów farmaceutycznych jak Bristol Myers Squibb, Pierre Fabre, MSD, Pfizer, Janssen, Johnson & Johnson, GSK, Astellas i Roche. Patronat honorowy nad projektem objął Rzecznik Praw Pacjenta.
Fundacje pacjentów, wielkie koncerny farmaceutyczne oraz państwowe urzędy tworzą w Polsce jeden, niezwykle zgrany ekosystem. Razem robią kampanie, razem jeżdżą na konferencje, razem wydają raporty i obejmują wspólne patronaty.
A potem przedstawiciele tego samego środowiska siadają przy jednym stole w ministerstwie, by decydować o kształcie ustaw regulujących rynek zdrowia.
To pokazuje, że czarno-biały podział na „złych lobbystów koncernów” z jednej strony i „niewinne, oddolne fundacje pacjentów” z drugiej jest po prostu naiwny. Rzeczywistość to skomplikowana sieć wzajemnych powiązań.
Czy mamy do czynienia z astroturfingiem?
Astroturfing to sytuacja, w której wielki biznes lub politycy sztucznie tworzą pozory „oddolnego buntu zwykłych obywateli”, by przepchnąć korzystne dla siebie prawo.
Czy tak było tutaj? Korycińska jest świetnym przykładem mechanizmu, który służy do takiego działania.
Podsumujmy to, co wiemy na 100%:
- ➡️ Rzecznik Praw Pacjenta chciał większej władzy i prawa do karania co najmniej od połowy 2024 roku, a minister zdrowia zleciła mu napisanie przepisów.
- ➡️ We wrześniu 2024 roku Biuro Rzecznika pokazało ten plan Radzie Pacjentów, a ta pomysł poparła.
- ➡️ Korycińska zażądała wpuszczenia organizacji pacjentów do niejawnych prekonsultacji przepisów.
- ➡️ Dwa i pół miesiąca później sama zgłosiła problem, który urzędnik w protokole nazwał „przeciwdziałaniem szarlatanerii”.
- ➡️ Minister zgodziła się na udział organizacji w prekonsultacjach.
- ➡️ Po 103 dniach opublikowano projekt UD207, łączący większą władzę Rzecznika z walką z pseudomedycyną.
- ➡️ Korycińska sama publicznie potwierdziła, że ustawa powstała po apelach organizacji chorych i rozmowach w ministerstwie.
- ➡️ Następnie ostro broniła projektu w parlamencie, a po zablokowaniu go przez prezydenta zaatakowała głowę państwa.
- ➡️ W tym samym czasie kilka fundacji, które reprezentowała, otrzymywało dotacje od koncernów produkujących leki.
To są bezdyskusyjne fakty. I one wystarczą, by wnioskować, że mamy do czynienia z astroturfingiem. Nie potrzeba twardych dowodów, bo to i tak jest legalne.
Dorota Korycińska jest w tej historii kluczową postacią nie dlatego, że złamano prawo — bo nic na to nie wskazuje. Jest ważna dlatego, że stoi dokładnie na skrzyżowaniu wszystkich dróg prowadzących do „Lex Szarlatan”:
- ➡️ kieruje federacją onkologiczną,
- ➡️ reprezentuje przed ministerstwem sześć fundacji,
- ➡️ zasiada w radach przy Ministrze Zdrowia i przy Rzeczniku Praw Pacjenta (do jednej z nich wskazał ją sam Rzecznik),
- ➡️ walczyła o udział organizacji w tworzeniu prawa na wczesnym etapie,
- ➡️ jako pierwsza wprowadziła do protokołów hasło walki z szarlatanami,
- ➡️ a na końcu stała się najgłośniejszą obrończynią nowej ustawy.
Dlatego trzeba patrzeć decydentom na ręce. Nie po to, by bezpodstawnie oskarżać kogoś o bycie „tajnym agentem koncernów”, lecz po to, by sprawdzić, kto naprawdę decydował o kształcie przepisów dających jednemu urzędowi gigantyczną władzę nad całym rynkiem medycznym i niemedycznym — przepisów, które czekają na wyrok Trybunału Konstytucyjnego i wciąż mogą stać się obowiązującym prawem.
Jeśli organizacje pacjentów współtworzą prawo w imieniu chorych, społeczeństwo ma pełne prawo wiedzieć nie tylko to, co mówią, ale także kogo reprezentują, z kim współpracują i z jakich źródeł utrzymują się ich organizacje.
W kolejnym odcinku serii pokażę jak to prawo, które tworzy rząd we współpracy z organizacjami reprezentowanymi przez Korycińską jest korzystne dla Big Pharmy i pozwala jej zwiększyć swoje dochody. Koncerny farmaceutyczne to firmy prywatne, ale zarabiają krocie głównie dzięki symbiozie z aparatem przemocy. Więc to nie jest tak, że niszczy nas wolnorynkowy kapitalizm i swoboda gospodarcza, ale brak tego.